Tajlandia- jak wygląda lekcja gotowania pad thai?

0
(0)

Pójście na lekcje gotowania tajskich potraw w Bangkoku, to było coś, co chciałam zrobić od momentu zjedzenia pierwszego w swoim życiu pad thai-a 🙂
Spełniłam w końcu swój niecny plan i zapisałam się na lekcję, która zrządzeniem losu okazała się być lekcją indywidualną.

Jak można zapisać się na zajęcia?

Na zajęcia z gotowania pad thai zapisałam się przez portal AirBnb, który zaoferował mi zniżkę na atrakcje w Bangkoku o wartości 94 zł.
Normalna cena zajęć bez zniżek to około 160 zł, ja skorzystałam z tej lekcji. Maksymalnie w lekcji mogą wziąć udział cztery osoby. 

Jak przebiega lekcja gotowania pad thai?

Zajęcia trwały 3,5 godziny i przebiegały według poniższego planu.
O 10 spotkałam się z moją nauczycielką Tatiyą przy stacji MRT – Kamphaeng Phet.
Poszłyśmy na lokalny targ “Or Tor Kor market” kupić wszystkie produkty, których używałyśmy podczas lekcji. Targ ten w 2017 roku został uznany przez CNN za czwarty najlepszy targ ze świeżą żywnością na świecie. Or Tor Kor znacznie różni się od typowego tajlandzkiego targu żywności. Jest tu względnie czysto, wszystko jest poukładane jak od linijki, jakość sprzedawanych towarów jest podobno wyższa niż na innych targach. Co za tym idzie, ceny także są wyższe (szczerze mówiąc, to chyba minimalnie, tak dla zasady).

Znajdziecie tu wszystkie specjały kuchni tajskiej, niezbędne do przygotowania potraw. Na targu oferowane są również gotowe do spożycia dania (np.curry na kilkanaście sposobów albo pad thai z małżami), desery, napoje, przekąski. Jest także strefa food court gdzie można usiąść i zjeść coś pysznego. Przy okazji daję Wam znać, że można tu przyjechać w ciągu dnia na obiad 😉

Ciekawostki z targu

Ten targ i obecność Tatyi sprawiły, że poznałam wiele nowych ciekawostek odnośnie kuchni tajskiej.

Kolorowe jajka.

Zawsze się zastanawiałam o co chodzi z różnymi kolorami jajek, oferowanych na straganach. I dowiedziałam się, że: np. białe jajka oferowane na targu, moczone są w solance przez około dwa tygodnie. Dzięki temu mają niepowtarzalny smak i konsystencję żółtka. Wykorzystywane są później do zup i curry.
Te różowe z kolei moczone są w innym roztworze i potocznie nazywane są “horse piss” czyli końskimi sikami … wolałam nie zagłębiać się w temat 🙂 a Tatiya nie wiedziała jak mi wytłumaczyć po angielsku z czego składa się ta mikstura… A dlaczego one są różowe? Tylko po to, aby odróżnić je od innych jajek 😉

Mleczko kokosowe 

Na targu można dostać najświeższe mleczko kokosowe jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Cały proces powstawania, przeprowadzany jest na miejscu. Może zasady higieny pracy nie należą do najlepszych, ale gdzie w Tajlandii należą, co?

Kwiaty bananowca 

Właściwie to wiedziałam jak wygląda kwiat bananowca oraz byłam świadoma tego, że jest jadalny. Ale nie miałam pojęcia jak wygląda taki kwiat w środku! A to dość ciekawa sprawa. Pod każdym liściem znajdują się małe pręciki, które są malutkimi bananami 😉
Aby spożyć kwiat bananowca, należy go obrać i pokroić w czwórki – jemy tylko serce, podobnie jak u karczochów.

Cukier kokosowy i durian.

Na targu zobaczyłam również cukier kokosowy – pierwszy raz w życiu, może ktoś z Was już widział, taki świeży i płynny, ale dla mnie była to nowość.
Poza tym były też stoiska specjalizujące się w daniach z duriana, np. durian sticky rice – czyli odpowiednik pysznego mango sticky rice (lepkiego słodkiego ryżu, polanego mleczkiem kokosowym- mniam mniam). Spróbowałam tylko chipsów, które smakowały jak zwykłe chipsy ziemniaczane. Na świeżego duriana się nie zdecydowałam. Zapach skutecznie mnie odstraszył. Jeśli wiecie jak “pachnie” zgniła cebula pozostawiona na długo w zamkniętym pojemniku, gdzieś gdzie jest ciepło, to właśnie taki zapach wydziela ten “król owoców”. Swoją drogą “król owoców”- chyba sterroryzował wszystkich swoim smrodem i kazał się tak nazwać. Innego wytłumaczenia nie widzę.

Krewetki 

Tatyia pokazała mi też suszone krewetki, które mają naturalnie bardzo intensywny pomarańczowy kolor. Aby uniknąć oszustw i felernego towaru, przy każdym stoisku z krewetkami, postawiony jest kieliszek z wodą, do którego można wrzucić losową krewetkę. Jeśli się rozkurczy i nie zmieni koloru, oznacza to, że jest naturalna i śmiało można ją zjeść. Jeśli natomiast woda zacznie barwić się na pomarańczowo/różowo to zrezygnujcie z zakupów w tym miejscu.

Marynowana rzodkiew i tamaryndowiec.

Do pad thai-a musiałyśmy jeszcze kupić marynowaną rzodkiew (dziwnie się ją kroi, jak gumę) oraz pastę z tamaryndowca. Pojęcia nie miałam co to jest tamaryndowiec. Gdzieś tam kiedyś mi się o uszy obiło, że coś takiego istnieje, ale nigdy tego nie widziałam i nie jadłam, a nawet jeśli jadłam to o tym nie wiem. A tamaryndowiec jest to egzotyczne drzewo, którego owoce przypominają fasolkę i mają słodko-kwaśny smak. Dodaje się go do sosu potrzebnego do przyrządzenia pad thai.

Tajski mięsny i wykrywacz metali do krewetek!

Poza tym na targu widziałam sklep mięsny – w Polsce taki sklep nie miałby racji bytu, nie było w nim nawet lodówek 😛 Oraz duże stoiska z rybami i owocami morza. Tam kupiłyśmy kilka krewetek do naszego pad thai. Przy okazji dowiedziałam się, że bardzo często sprzedawcy przed wyłożeniem towaru na ladę sprawdzają zawartość największych krewetek wykrywaczem metalu. Okazuje się, że w dostawach mogą zdarzyć się krewetki wypchane ciężkimi metalami, aby ich waga przy sprzedaży była wyższa niż faktyczna. Tatyia była kiedyś świadkiem takiej kontroli i pokazała mi nagranie, na którym widać było jak sprzedawcy sprawdzają każdą krewetkę – tego jeszcze nie widziałam w swoim życiu 😉

Przebieg lekcji w domu.

Po zakupach wraz z Tatiyą udałyśmy się do niej do domu. Tu za dodatkową atrakcję, mogę uznać przejażdżkę autem po ulicach Bangkoku – bezcenne doświadczenie, nawet jako pasażer.
W drzwiach domu powitały nas koty Tatyi (wszystkie cztery zostały przez nią przygarnięte z ulicy). Zostałam powitana pyszną mrożoną herbatą “butterfly pea flower tea”. Jest to bezkofeinowy napój ziołowy na bazie kwiatów pea, czyli klitorii ternateńskiej oraz trawy cytrynowej. Jej oryginalny kolor to ciemny granat, natomiast po dodaniu soku z limonki, lub innego cytrusa kolor zmienia się na fioletowy (taki a’la denaturat). Napój jest podobno bardzo zdrowy i w dodatku zawojował zachodnie rynki, słyszeliście o nim kiedykolwiek?

Kolejną godzinę spędziłyśmy na rozmowie i przygotowywaniu potraw. Zaczęłyśmy od słodkiego deseru dyniowego “thai pumpkins custard”
Jest to gotowany na parze deser, w skład którego wchodzi mała, wydrążona dynia oraz mleczna mikstura z cukru kokosowego.
Następnie przygotowałyśmy słodką masę, którą wlewa się do środka dyni a całość gotuje na parze.

Kolejno zabrałyśmy się za przygotowanie dania głównego, czyli pad thai. 
Atmosfera w kuchni była bardzo przyjazna. Tatyia, krok po kroku, tłumaczyła jak przygotować sos do pad thaia oraz pozostałe jego składniki. Łącznie usmażyłyśmy trzy porcje tej potrawy- dwie w wersji klasycznej i jedną w wersji wrap, czyli zawijaną w jajku.

Finalna wersja naszego głównego dania wyglądała tak.


Lekcja zakończyła się wspólnym posiłkiem oraz deserem. Wpisałam się do księgi gości, którą prowadzi Tatyia i dostałam mały, uroczy manges na lodówkę, imitujący danie pad thai 😉 Tatyia zapakowała jedną porcję makaronu i deser na wynos, z czego bardzo ucieszył się Grzesiek 😉
Po posiłku gospodyni zawiozła mnie na stację MRT, skąd udałam się do mieszkania.
Udział w lekcji gotowania był świetnym doświadczeniem. Oprócz nauki gotowania można poznać wiele ciekawostek kuchni tajskiej, oraz zobaczyć jak wygląda tajski dom od środka. Porozmawiać z lokalnymi mieszkańcami i na prawdę poczuć klimat tajskiej kuchni 😉 

Bardzo, ale to bardzo Wam polecam udział w takiej atrakcji 😉 

Jak oceniasz przydatność tego wpisu?

Kliknij gwiazdki, aby ocenić ten wpis.

Średnia ocena 0 / 5. Liczba głosów: 0

Jak dotąd brak głosów! Oceń ten post jako pierwszy.

10 komentarzy

  1. To jest rzecz, którą chcemy zrobić, gdy na dłużej zatrzymamy się w Tajlandii. W Wietnamie braliśmy udział w nauce tworzenia sajgonek – nasza sprawność manualna okazała się słaba, ale jedzenie ostatecznie wyszło 😉

    1. Bardzo Wam polecam 😉 Jeśli będziecie mieć okazję skorzystać z lekcji gotowania u Tatyi to bierzcie w ciemno 😀
      Ps. Lekcja z tworzenia sajgonek brzmi intrygująco 😀

  2. Wygląda ciekawie, ale przez moje obrzydzenie do krewetek chyba niewiele bym ugotował! Kwiat bananowca wszak brzmi kusząco. 🙂

    1. Krewetki możesz zastąpić czymś innym lub pójść w wersję bez 😀 Ile ludzi tyle kombinacji 😀

  3. Cena za lekcję nawet dość niska, biorąc pod uwagę, że trwa ona tyle czasu 🙂 A tak w ogóle to gotowanie gotowaniem, ale ten targ ! Zdecydowanie bym na nim poszalała.

    1. Z ceną dobrze trafiłam 😉 Zniżka na lekcję była naprawdę spora 😀 Natomiast ten targ to prawdziwa targowa perełka 😀 Było tam chyba wszystko czego kulinarna dusza zapragnie 😉

  4. Bajecznie kolorowo i przede wszystkim smacznie. Chętnie przy najbliższej wizycie pójdę na taką lekcję. Lubię tajskie jedzenie i sama często gotuje, ale byłoby mi sie dowiedzieć, czy robię to poprawnie

    1. Też bardzo lubię tajską kuchnię. Ja na lekcji poznałam wiele nowych trików kuchennych także pewnie i Ty dowiesz się czegoś nowego 😀 Daj znać jak już będziesz po 😀

  5. Nigdy, ale to nigdy w życiu nie jedliśmy pad thaia! Tak popularna zrobiła się ta potrawa, a my jeszcze nie mieliśmy okazji jej spróbować. Chyba w najbliższym czasie udamy się do jakiejś tajskiej restauracji i zamówimy! A kiedy wreszcie będziemy w podróży po Tajlandii, to na pewno zorganizujemy sobie taką lekcję gotowania. To fantastyczny pomysł na ciekawe i pożyteczne spędzenie czasu! 😀 Super!

    1. To ja Wam polecam zaczekać z kosztowaniem pad thai aż do wizyty w Tajlandii 😉 Myślę, że nigdzie nie będzie smakować tak jak tam 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Akceptuję zasady Polityki prywatności