Główny Szlak Sudecki – wędrówka przez najpiękniejsze zakątki Sudetów

Główny Szlak Sudecki
5
(7)

Główny Szlak Sudecki to jeden z najpiękniejszych długodystansowych szlaków w Polsce. Liczy 444 km i prowadzi przez najpiękniejsze zakątki Sudetów — od Świeradowa-Zdroju w Górach Izerskich aż do Prudnika leżącego u stóp Gór Opawskich. O przygotowaniach do wędrówki, perypetiach na szlaku i przebiegu trasy opowiadają Patrycja i Rafał, autorzy profilu PaPa Miejsce.

Skąd pomysł na przejście Głównego Szlaku Sudeckiego? Kiedy pojawił się w Waszych głowach?

Patrycja: Decyzję, że spróbuję przejść Główny Szlak Sudecki, podjęłam w 2019 roku, tylko odkładałam go. Marzyłam o zrobieniu tego charytatywnie i udało się (szliśmy dla Otwartych Klatek — wspaniałej fundacji na rzecz zwierząt dzikich i hodowlanych). Sam pomysł o przejściu szlaku rodził się we mnie latami. Urodzona na Dolnym Śląsku weszłam w magiczną krainę sudeckich gór jeszcze jako nastolatka. Góry stały się moim azylem, szkołą, która mnie ukształtowała, moją artystyczną inspiracją. Góry nauczyły mnie słuchać, patrzeć, obejmować świat, zwracać uwagę na szczegóły. To jest taka miłość bezwarunkowa, w której wiesz, że nie masz szans. Musisz się jej poddać.

Po kilkunastu ekspedycjach w Tatrach i w górach za granicą zrozumiałam, że potrzebuję raz jeszcze, na innych zasadach, skonfrontować się ze sobą samą, z górami — i zdecydowałam się powrócić do swoich korzeni, właśnie w te mistyczne Sudety. Nie wystarczył mi fakt bycia w górach z przerwami, takie jednodniowe wycieczki. Chciałam przejść Sudety i chłonąć je z każdymi ich zaletami i wadami, czytać tak, jak się czyta ulubioną książkę.

Miałam szansę poznać odcinki tego szlaku już wcześniej. Z tym że jedną z różnic między ekspedycją jednodniową a kilkudniową jest np. to, że podczas tej krótkiej masz większe poczucie stabilizacji, bezpieczeństwa — jeśli nic się nie stanie, to wrócisz na wieczór do swojego łóżka, no i ten górski czar pryśnie. Kiedy jesteś sam w ciemnym górskim lesie i nocujesz w namiocie/hamaku lub w wiacie, to czujesz, że wciąż jesteś w jakiejś dziwnej drodze, coś cię prowadzi, pozostajesz czujny, przygoda trwa. I to jest taka przygoda, jakiej żadne marzenie senne ci nie ofiaruje. Jednoczysz się z naturą. Zdajesz sobie sprawę, że do życia i szczęście nie potrzeba wiele, że paradoksalnie najważniejsze wciąż pozostaje zapotrzebowanie na wodę i jedzenie. No i potrzeba otwartej głowy na to, co dookoła.

Główny Szlak Sudecki „podróż z samą sobą”

Dla mnie przejście tego szlaku to coś więcej niż tylko punkt A i punkt B. Nie potraktowałam tego czysto sportowo. To była podróż w górach, z samą sobą, do samej siebie i fantastyczne było to milczenie, które nie było przeszkodą w marszu we dwoje. Bywało i tak, że się rozdzielaliśmy — oczywiście mieliśmy się na oku gdzieś na horyzoncie na wszelki wypadek. To bardzo ważne, by zwracać uwagę na towarzysza podróży, znać jego słabości. 

Rafał: Pomysł przejścia szlaku zapoczątkowała Patrycja, niemniej idea GSS towarzyszyła mi przez wiele lat. Po raz pierwszy o Głównym Szlaku Sudeckim usłyszałem od osoby, która wiele lat temu wprowadziła mnie w świat gór i górskich wypraw. Mimo że nie było to tak dawno temu (ponad dekadę), to wtedy sama idea trudów wędrówki była inna. Nie chodziło się na czas. Nie istotne było „zaliczanie” szczytów a wspólne śpiewanie piosenek z obcymi ludźmi w schronisku. Było to czymś tak normalnym i powszechnym jak „cześć”, którym wita się innych ludzi na szlaku. Dziś niestety to zjawisko widuje coraz rzadziej. Zamiast tego schroniska przeradzają się w luksusowe hotele, a wspólne śpiewanie zastępuje telewizor.

Niemniej przez te ponad 10 lat gdzieś z tyłu głowy kłębiło się pojęcie GSS i pomysł na jego przejście. Gdy usłyszałem o tym pomyśle od Patrycji, stwierdziłem czemu by nie, w końcu zawsze o tym myślałem. Chciałem też uhonorować pamięć osoby, której zawdzięczam „góry”, a której nie było niestety dane przejść GSS. Główny Szlak Sudecki był również dla mnie sprawdzianem wytrzymałości, zawziętości i cierpliwości. Pomimo iż sam przebieg szlaku nie jest jakoś bardzo trudny, to walka ze swoimi słabościami już tak. 

Jak wyglądały Wasze przygotowania do tego, aby przejść Główny Szlak Sudecki?

Patrycja: Sprawy nie ułatwił fakt, że w 2020 roku złamałam prawą stopę. Mogło to przekreślić wykonywanie zawodu i wszystko to, na czym opiera się większa część mojego życia. Moje przygotowania mieściły się przede wszystkim w sferze wewnętrznej. Była to ogromna walka ze sobą, swoją słabością, która stała się moją rzeczywistością. Sferę duchową przygniatała także sfera fizyczna związana z innymi dolegliwościami, które nie do końca pozwalają mi na taki wysiłek. Kondycję mimo to miałam dobrą. Pierwszą operację stopy miałam w lipcu 2020. Zaczęłam ćwiczyć powrót do kondycji (która na szczęście tak nie spadła) w październiku/listopadzie. Były to jednak bardzo lekkie treningi (trenuję jogę, dużo wędruję, jeżdżę na rowerze, jestem muzykiem i gra na perkusji również ćwiczy sporo partii mięśni).

Dwie operacje przed wyruszeniem na Główny Szlak Sudecki

W grudniu dwa miesiące po odstawieniu kul, weszłam na Kościelec w Tatrach. To też był dla mnie sprawdzian. Wtedy też pomyślałam, że mogę za jakiś czas spróbować pójść na długodystansowy szlak. Niestety okazało się, że śrubka, którą miałam w stopie, zaczęła doskwierać. Musiałam więc przejść drugą operację pod koniec marca 2021 roku. Siła woli i determinacja pozwoliły mi jednak już 16 maja zrobić pierwsze kroki w Świeradowie-Zdroju, gdzie zaczyna się Główny Szlak Sudecki. Strach był ogromny, choć misja, wola życia i drogi silniejsze. Zdrowy rozsądek mówił mi, żebym poczekała, ale nie miałam możliwości czekać — w wakacje szykowały się koncerty, nie miałabym wolnego.

Jeśli chodzi o przygotowania w zakresie sprzętu, to nie stanowiły dla mnie problemu. Miałam oszczędności i po prostu zakupiłam to, czego mi brakowało. Między innymi nowy plecak czy płachtę przeciwdeszczową. Zaopatrzyłam się w liofilizaty, rzeczy niezbędne do utrzymania diety, która dostarcza mi energii. Zadbałam również o apteczkę, stosowanie się do rad fizjoterapeuty, gdybym musiała reanimować sobie stopę na szlaku. Na szczęście miałam wspaniałą pomoc nie tylko Rafała. Dziękuję mojemu ortopedzie, panu Maćkowi, oraz fizjoterapeucie, Filipowi, i przyjaciołom, którzy uwierzyli we mnie, gdy ja nie byłam w stanie.

Rafał: Ogólnie moje przygotowania nie były jakieś zaskakujące. Nie miałem tak wielu problemów jak Patrycja. Regularne wędrówki po górach oraz jazda na rowerze sprawiły, że nie miałem problemów z kondycją. Moim największym zmartwieniem była dawna kontuzja więzadła krzyżowego, którą nabyłem zimą w Górach Sowich, gdy wjechał we mnie narciarz biegowy. Wtedy bardzo dotkliwie naderwałem więzadło krzyżowe, co częściowo kwalifikowało się do operacji, ale na całe szczęście obyło się bez niej. Od tego czasu dość dotkliwie odczuwam długie wędrówki z dużym obciążeniem. Oprócz tego gdzieś z tyłu głowy miałem obawę o otarcia i odciski na stopach. Odkąd pamiętam, obojętnie jakie buty trekkingowe zakupię, zawsze mnie trochę obcierają. Na szczęście obyło się bez większych ran na stopach. 

Ile czasu zajęło Wam przejście Głównego Szlaku Sudeckiego?

Patrycja i Rafał: Ostatecznie szlak przeszliśmy w 16 dni (celowaliśmy właśnie tak w 14-16 dni ze względu na stan stopy Patrycji). Nie zależało nam na biegu, byleby jak najszybciej przejść szlak, pobijać rekordy. Zależało nam na tym, by cieszyć się naturą, czegoś się nauczyć (także o sobie), poznać ludzi na szlaku (i udało się poznać fantastyczne osoby), przyjrzeć się życiu po prostu, czuć drogę. Uzyskaliśmy za to przejście Diamentową Odznakę (którą można otrzymać za przejście GSS-a w maksymalnie 18 dni), ale nie ona była głównym celem naszej wyprawy, choć wiadomo, jest to na pewno miła pamiątka i wyróżnienie.

Gdzie spaliście w trakcie tych dni i jak wyglądały Wasze posiłki podczas wędrówki?

Patrycja i Rafał: Spaliśmy w różnych miejscach. Początkowo plan był taki, że naszym domem będzie głównie namiot i ew. wiaty. Zależało nam na typowej przygodzie bushcraftowej, survivalowej. Noclegi w schroniskach czy hostelach miały być co 4-5 dni, by się odświeżyć, wyprać ubrania (gdyby po drodze zabrakło stacji). Plany zweryfikowała pogoda. Podczas tych 16 dni przez co najmniej 10 mocno padało. Nie mieliśmy szczęścia — pogoda była jak w kalejdoskopie, trochę słońca, ale za to mocny deszcz.

Główny Szlak Sudecki
Główny Szlak Sudecki i nocowanie w namiocie.

Spaliśmy w namiocie w trakcie deszczowych dni, ale potrzeba wysuszenia go jak i nas samych (a mieliśmy dobre płachty przeciwdeszczowe i kurtki, które wygrywały walkę z deszczem) powodowała, że tych nocy pod zadaszeniem było nieco więcej, niż planowaliśmy. Po czasie nieco zmęczeni tym, że ciągle kapie nam coś z nieba do jedzenia (a Pati naprawdę uwielbia deszcz), potrzebowaliśmy przygotować sobie jedzenie pod zadaszeniem. Nasze posiłki wyglądały tak, że gotowaliśmy sami (mieliśmy ze sobą podstawowy lekki zestaw: kuchenkę turystyczną, małą butlę gazową, dwa garnki, kubki, sztućce) lub czasami zamawialiśmy w schroniskach. 

Główny Szlak Sudecki
Główny Szlak Sudecki — gotowanie w plenerze.

Co było dla Was najtrudniejsze w trakcie pokonywania Głównego Szlaku Sudeckiego? 

Patrycja: Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że tylko moja głowa. Prawdą jest, że miałam ogromną potrzebę chodzenia. Adrenalina i siła woli sprawiały, że każdego dnia cieszyłam się i żadna nawałnica nie była mi straszna. Najtrudniejszą sytuacją podczas GSS-a było podjęcie decyzji o kontynuowaniu szlaku — gdy byliśmy w rodzimej Andrzejówce, co stanowi mniej więcej 1/3 szlaku. Przeszliśmy wtedy ponad 30 km, co nie jest takim wyczynem, ale…, z największą liczbą przewyższeń podczas całego szlaku (bo Bukowiec to góra, która niejednego wspinacza nauczy pokory).

Jak tylko weszliśmy do schroniska i zdjęłam plecak, z nosa poleciała mi krew, padłam na łóżko z ogromnym bólem stopy. Towarzyszyły nam wtedy nasze dwie górskie ciocie (uściski dla Iwonki i Dzidzi), z którymi zeszliśmy przez te lata niejeden krótki/długi szlak. Jedna przyniosła nam ciasto, druga zupę. Doradzały mi, bym podjęła słuszną dla siebie decyzję, wierzyły we mnie i tak naprawdę wiedziały, że pójdę (mimo że mówiłam inaczej). Chciałam zostać, stopa była w fatalnym stanie, a byłam blisko domu. Ktoś mógłby mnie odebrać. Prosiłam w razie czego Rafała o kontynuowanie szlaku beze mnie. Ale wstałam rano i… poszłam dalej. 

Rafał: Największym trudem była chyba moja głowa. Wiedziałem, że będa mnie boleć nogi, że mogą się pojawić rany czy otarcia i na to byłem jak najbardziej przygotowany. Musiałem tylko poradzić sobie z tym wewnętrznym głosem, który kilka razy, gdy było ciężko, rozbrzmiewał w głowie, mówiąc: „Daj sobie już spokój, nie masz już siły. Wracaj do domu”. Oczywiście siły były, trzeba było tylko przezwyciężyć swoją własną chcieć wygody i nie poddać się drodze na skróty. Najbardziej dotkliwie odczuwałem chęć rezygnacji ze szlaku na jakieś 3 dni przed końcem. Wtedy to nabawiłem się urazu ścięgna mięśnia prostownika długiego palców, co powodowało ból podczas chodzenia. Ostatnie 2 dni, czyli odcinek prowadzący przez Góry Opawskie przeszedłem w sandałach mimo deszczu i chłodu, ponieważ w butach trekkingowych odczuwałem o wiele większy ból.

Mieliście momenty kryzysowe? Jeśli tak to jakie i kiedy?

Patrycja: Było ich tak mało, że prawdę mówiąc, niewiele z nich pamiętam. Nawet kiedy bolały mnie nogi czy biodro, szłam z chęcią walki. Tego się tak nie da wytłumaczyć — to po prostu trzeba poczuć. Biodro obiłam sobie od pasa plecaka, ponieważ mam drobną dyskopatię w odcinku szyjnym i chciałam odciążyć kręgosłup, więc większość ciężaru poszła na biodra (w wieku 15 lat zostałam potrącona przez kierowcę samochodu. Otarłam się wtedy o śmierć). Bywało, że sobie pod nosem przeklinałam, ale cieszyłam się, że idę. Czasami miałam spadki ciśnienia, a raz miałam ściśnięty żołądek — wtedy bardzo źle się szło. Zawsze jednak pomagała mi medytacja w ruchu.

Mam coś takiego, że umiem się wyłączyć, czasem ktoś do mnie mówi, a ja idę, jakby dusza z ciała wyleciała — może to kwestia tego, że naoglądałam się młodych adeptów sztuki buddyjskiej i sama zapragnęłam tak czasem się odłączyć od bólu (śmieje się)? Jeśli mowa o podejściach, to z każdym dniem robiły się coraz bardziej odczuwalne — to już nie była wspinaczka na świeżo, po wyspaniu się. Ból jest także nieodłącznym elementem podróży, trzeba być na niego gotowym. Najbardziej męczące były jednak długie odcinki asfaltowe.

Pamiętam także niemiłą sytuację, kiedy w Górach Sowich wyrzucono nas z Zygmuntówki, ponieważ pandemia, a schronisko i tak było pełne ludzi. Poczułam wtedy ból egzystencjalny, choć moja wiara w misję schronisk przyjmujących pod dach wędrowców nie znikła zupełnie. Pamiętam też, gdy czułam dylemat podczas rozbijania namiotu i mimo że w Polsce powstał w tym roku program „Zanocuj w lesie”, to omijał on te miejsca, w których my potrzebowaliśmy rozbić namiot. Nasze nocowanie było spontaniczne. Gdy zmierzchało, to tam, gdzie obecnie się znajdowaliśmy, szukaliśmy miejsca do spania. 

„Moim największym momentem kryzysowym był uraz ścięgna”

Rafał: Tak jak już wcześniej wspominałem, moim największym momentem kryzysowym był uraz ścięgna. Myślałem wtedy, że nie dam rady dojść do końca albo co gorsza, nabawię się poważniejszej kontuzji. Jedyne co dodawało mi otuchy, to zbliżający się koniec, który paradoksalnie nie chciałem, by nadszedł. Kryzys w podróży pojawiał się również na długich odcinkach asfaltowych oraz na trasie od końca Gór Sowich aż do Słupca. Odcinek ten był dla mnie bardzo nudny i monotonny a dystans do przejścia dość duży. Oprócz tego pojawiały się momenty, gdy wieczorami było naprawdę zimno i padał deszcz, a my szukaliśmy miejsca na namiot albo jakiejś wiaty, w której moglibyśmy przenocować. Wtedy właśnie zastanawiałem się, po co właściwie to robię. Na całe szczęście, myśli te odchodziły z nastaniem zimnego poranka, gdy człowiek nie miał czasu na takie pierdoły, bo myślał tylko o tym, jak się ogrzać albo jak rozpalić ognisko podczas deszczu :).

Jakie emocje towarzyszyły Wam podczas wędrówki? Co Was najbardziej cieszyło, a co irytowało?

Patrycja: Cały proces drogi to była jedna wielka radość. Najbardziej cieszyły mnie zwierzaki spotkane po drodze (czy te leśne, czy te miejskie). Pytania, rozmowy uśmiechy mijanych ludzi. To, że daję radę iść i z każdym krokiem upewniałam się, że to jest dla mnie dobre. Raz nawet dostaliśmy od pewnego gospodarza jajka i ciasto. Pamiętam, jak zachwycałam się jego ogródkiem i gąskami, które sobie hasały. Dopiero potem zauważyłam jego, jak sobie spokojnie siedział i nas obserwował. Zagadał do nas, miał cudownego labradora. Ja jestem typem nieśmiałka. Mimo to szybko nawiązałam z nim kontakt. Okazało się, że nie ma przypadków, bo związany jest ze światem muzyki. Chciał nas przenocować, ale grzecznie odmówiliśmy, ponieważ potrzebowaliśmy iść jeszcze dalej, dzień jeszcze się nie skończył. Nigdy nie zapomnę takiego bezinteresownego gestu dobroci.

Też z tego względu w niewielu przypadkach miałam irytację wypisaną na twarzy, bo żyłam wszystkim tym, co mnie dobrego spotkało po drodze. Jedyną taką sytuacją, gdzie wyszłam z siebie, był sam początek szlaku. Chcieliśmy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie moim telefonem z początkiem szlaku, po czym okazało się, że nagle się zepsuł. A działał chwilę wcześniej. Na szczęście wieczorem (w schronisku na Hali Szrenickiej) udało się go naprawić. Jakikolwiek kontakt ze światem powrócił. Wspomniana przeze mnie sytuacja z Zygmuntówką była taką, gdzie poczułam nawet nie irytację, a żal. Poza tym ogarniała mnie wdzięczność i sobie, że znajduję siłę, i światu, że sprzyja. No przecież miałam misję do wykonania — to też pomagało, że zbieraliśmy pieniądze na cele fundacji. 

Rafał: Przez większość czasu (oprócz paru chwil złości i zwątpienia) byłem naprawdę zadowolony. Mijane miejsca, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia, krajobrazy i ta wszechobecna wolność rysowały uśmiech na naszych twarzach. Tak naprawdę dzięki tej codziennej rutynie wędrówki zrozumiałem, jak mało jest potrzebne człowiekowi do szczęścia. Radością była sama droga. Jedyną potrzebą podstawowe wymogi organizmu oraz znalezienie miejsca na nocleg czy schronienia przed deszczem w nocy. Nie interesowały nas problemy świata, mediów społecznościowych czy przemijający czas. Po prostu szliśmy i cieszyliśmy się samą istotą podróży i nic innego nie miało znaczenia.

Czy ciężko było wstać rano i iść dalej?

Patrycja: Tylko wtedy, kiedy człowiek był przemarznięty (to nawet myśl o ciepłym kocyku i herbacie nie pomagała). I poranek po nocy w Andrzejówce był krytyczny, kiedy myślałam, że powiem STOP. Zakwasów nie miałam. A tak, to w porządku się wstawało i witało nowy dzień. 

Rafał: Tak naprawdę po przebudzeniu (jeśli nie spaliśmy pod ciepłym dachem) wstać było dość łatwo, również z powodu zimna. Człowiek musiał zacząć się ruszać, by nie zamarznąć :). Gdy nocowaliśmy w schronisku, nasz dzień przeważnie zaczynał się trochę później, bo kto oprze się odrobinie luksusu na trasie. Nie powodowało to jednak niechęci przed dalszą podróżą, trochę tylko opóźniało wyjście na szlak. 

Jak wyglądał wasz dzień? O której godzinie wstawaliście i ile godzin marszu dziennie planowaliście?

Patrycja: Przyznam się, że nie zwracałam uwagi na to. Po prostu szłam. Nie lubię sztywno trzymać się ram czasowych itd. To mnie wewnętrznie mocno blokuje i ogranicza. Bywały dni, że wstawaliśmy bardzo wcześnie, bywały dni, gdy pozwalaliśmy sobie na posiedzenie w śpiworze. Zazwyczaj szliśmy +/- 30 km dziennie.

Rafał: Tak samo jak Patrycja nie zwracałem uwagi na rutynę dnia. Czasami wstawaliśmy trochę wcześniej, czasami później. Nie mieliśmy ustalonych celów, które mielibyśmy osiągać codziennie. Wiedzieliśmy, że mamy przejść +/- 30 km, choć były dni, gdy robiliśmy 20 km i zostawaliśmy dłużej w jakimś miejscu, które szczególnie nam się podobało, a następnego dnia nadrabialiśmy trasę.

Co robiliście po marszu?

Patrycja: Z racji, że prowadzę sobie na Instagramie wpisy/przemyślenia o podróżach, o procesie drogi, o górach, sztuce i ciekawostkach, to relacjonowałam tam w miarę możliwości naszą drogę. Dużo ze sobą rozmawiałam tak wewnętrznie. Pisałam także w dzienniku papierowym, odpoczywałam, gapiłam się w czerń nieba i odlatywałam, czytałam z gwiazd, chwytałam (jak ja to sobie mówię) niebo za błękit, a przynajmniej próbowałam, delektowałam się zapachem ziemi, wiosny, słuchałam deszczu i czytałam (zabrałam ze sobą przewodnik o Głównym Szlaku Sudeckim). Na każdą z wymienionych czynności poświęcałam różną ilość czasu. Bywało, że po marszu po prostu rozkładałam namiot i padałam na twarz, bo na nic więcej nie było mnie stać, nawet na umycie twarzy, nie chciało mi się jeść. 

Rafał: Ogólnie podczas marszu oprócz wspólnych rozmów zajmowałem się monologiem wewnętrznym. Potrzebowałem bardzo ciszy i konfrontacji ze swoimi demonami. Ogólnie jako nadworny fotograf @papa.miejsce robiłem zdjęcia oraz to, co najlepiej lubię w podróży — wyszukiwałem ciekawostek na temat miejsc, w których byliśmy. Poza tym wsłuchiwanie się w ciszę i wiatr było tym, czego bardzo potrzebowałem. 

Ile ważył wasz ekwipunek podczas przemierzania Głównego Szlaku Sudeckiego?

Patrycja: Mój plecak (Osprey Renn 65l) ważył 10-12 kg w zależności od prowiantu. 

Rafał: Osprey Rook 65l ważył na początku ok. 16 kg z racji sprzętu fotograficznego, który dodatkowo nosiłem – później pozbyłem się statywu.

Skąd mieliście jedzenie i wodę?

Patrycja i Rafał: Większość zabraliśmy ze sobą. Było to jedzenie lekkie. Jedliśmy głównie owsianki, wafle kukurydziane, liofilizaty (szybciej się je przyrządza, mało ważą, a te wegetariańskie są bardzo dobre i pożywne). Patrycja dodatkowo jadła proszki, np. białko konopne, jagody acai itp., suszone owoce. Zaopatrywaliśmy się także w sklepach na bieżąco w owoce, przekąski słodkie czy słone. Wodę piliśmy głównie ze źródeł rzek czy braliśmy z kranów w schroniskach, czy sklepach. Mamy filtr Sawyer i dodatkowo jeszcze butelki z filtrem Water-to-Go pozwalającym pić wodę nawet z kałuży. Gdy nocowaliśmy w schronisku, zamawialiśmy sobie np. jajecznicę czy pierogi. 

Co spakowaliście na Główny Szlak Sudecki i się nie przydało, i czego zabrakło?

Patrycja i Rafał: Zabrakło nam kremu do opalania (który dostarczyła nam ciocia Dzidzia). Czego wzięliśmy za dużo: Patrycja jedną parę spodni, bluzkę i sweter, a Rafał bluzę i dość ciężki panel słoneczny. Oddaliśmy te rzeczy w Andrzejówce naszym górskim ciociom. Drugi panel słoneczny (lżejszy) zostawiliśmy. Oddaliśmy również statyw do aparatu, ponieważ był dość niewygodny, ciężkawy. Użyliśmy go zaledwie 2-3 razy. Więcej się nie przydał. Radziliśmy sobie inaczej, poza tym w tej ekspedycji nie chodziło nam tylko o zdjęcia.

Główny Szlak Sudecki

Lista rzeczy, które zabraliśmy ze sobą na Główny Szlak Sudecki.

  • mieliśmy plecaki Osprey Rook i Renn po 65 l
  • kijki trekkingowe lekkie
  • namiot (ok. 2 kg) z Naturehike, śpiwory i lekkie maty
  • kurtki przeciwdeszczowe/przeciwwiatrowe, softshelle, płachty przeciwdeszczowe, pod które też wchodziły plecaki
  • buty trekkingowe + sandały
  • bielizna szybkoschnąca, odzież termo 2 pary, skarpety z wełny merino + zwykłe
  • bluzki 2 pary, spodnie 2 pary, spodenki ¾ , rozpinane bluzy 
  • opaska na czoło (Pati), kapelusz (Rafał), rękawiczki, chusta
  • apteczka + żel antybakteryjny 
  • preparat na komary, kosmetyki (mydło w kostce, chustki nawilżane biodegradowalne
  • krem i żel aloesowy do twarzy, olej kokosowy w małym pojemniczku, szampon w pudrze), grzebień, ręcznik szybkoschnący 
  • panele słoneczne, powerbanki, telefony, aparat
  • filtr Sawyer + butelki Water-to-Go
  • mała i lekka kuchenka turystyczna, nóż, lekkie garnki, sztućce, 2 kubki
  • liofilizaty, suszone owoce, proszki, owsianka, kisiele, wafle kukurydziane
  • dodatki: notatnik, długopis, mały leatherman (pilnik do paznokci, nożyczki), czołówki, zapasowe worki strunowe np. na śmieci

Czy przeszlibyście ponownie Główny Szlak Sudecki?

Patrycja: O tak! Może tym razem od drugiej strony lub w warunkach zimowych? Lubię stawiać sobie wyzwania. Im bardziej mam pod górę, tym chętniej idę. W planach są kolejne długodystansowe szlaki (również za granicą, i rowerowe i konno). Marzy mi się, podróż dookoła świata, z moim instrumentem, jakim są tank drums (i może uda mi się gdzieś pograć na perkusji). Nagrywanie muzycznych filmów w ciekawych sceneriach, ale głównie w górach, opowiadanie o muzycznych korzeniach każdego z odwiedzonych krajów. Za niedługo robię pierwszy krok ku spełnieniu marzenia — zaczynam od Skandynawii, lecimy najpierw do Szwecji.

Po GSS-ie spełniłam również małe marzenie o samotnej rowerowej ekspedycji. Na przełomie lipca i sierpnia 2021 roku przejechałam rowerowy Szlak Orlich Gniazd. Miałam przy sobie tylko dętkę, śpiwór i hamak, w którym spałam (także podczas deszczu, bo miałam duży tarp), płachtę przeciwdeszczową, panel słoneczny, notes, telefon, parę ubrań, liofilizaty i kuchenkę turystyczną (wszystko spakowane do dwóch sakw). Cudownie było najpierw przejść długi szlak, polegając na sile dwóch nóg. Potem przejechać inny szlak, polegając tym razem na dwóch kołach napędzanych siłą tych nóg. Przeżyłam masę przygód! To uzależnia! Ostrzegam uczciwie :). 

Rafał: Bez większego zastanowienia powiem: pewnie, że tak :). Gdy byliśmy już w Prudniku i skończyliśmy sesję zdjęciową z „czerwoną kropą”, powiedziałem na głos całkowicie szczerze: „To jak, idziemy w drugą stronę?” i nie obchodził mnie wtedy ból stopy. Po skończeniu szlaku pojawiła się u mnie pustka, która zrodziła pomysły na nowe szlaki i nowe przygody.

Mapa trasy GSS

Dziękuję Wam pięknie za rozmowę! Życzę kolejnych cudownych wędrówek i przygód. Z pewnością jesteście ogromną inspiracją dla każdego, kto planuje przejść Główny Szlak Sudecki.

Jak oceniasz przydatność tego wpisu?

Kliknij gwiazdki, aby ocenić ten wpis.

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów: 7

Jak dotąd brak głosów! Oceń ten post jako pierwszy.

1 Comment

  1. Olu, bardzo dziękuję za zaufanie, za to, że zaprosiłaś nas do tej rozmowy, dostrzegłaś w tym wartość. Mam nadzieję, że doda wiatru w skrzydła miłośnikom gór i nie tylko :).

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Akceptuję zasady Polityki prywatności