TAJLANDIA

Skuterem przez północną Tajlandię

W tym roku Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy dość nietypowo. Na skuterze przemierzaliśmy północną Tajlandię od Chiang Mai do Chiang Rai. Skoczyliśmy na granicę z Mjanmą w Mae Sai, dalej na kolację wigilijną do Fang, a następnie do Pai. Po pięciu dniach wróciliśmy do Chiang Mai, a na liczniku skutera mieliśmy równo 993 km.

Z Chiang Mai do Chiang Rai, co zobaczyć po drodze?

Trasa z Chiang Mai na początku jest dość nudna i mozolna. W dodatku trafiliśmy na roboty drogowe, które zdawały się nie mieć końca! W końcu dojechaliśmy do naszego pierwszego przystanku – gorących źródeł w Mae Khachan. Północna Tajlandia słynie z tego, że gorące źródła występują tu bardzo licznie. W tym miejscu jedną z atrakcji turystycznych jest gotowanie w naturalnych źródłach jajek. Za 20 THB można kupić sobie koszyczek z jajkami, zanurzyć w wodzie i mieć z tego frajdę. 😉 Woda jest bardzo gorąca i bucha na lewo i prawo. W okolicy jest dość turystycznie, jest masa straganów z pamiątkami, kawiarnia serwująca całkiem dobrą kawę, restauracje. Jest też cały kompleks basenów termalnych, ale my odpuściliśmy sobie tę atrakcję, ze względu na wysokie temperatury jakie obecnie panowały. Zupełnie za darmo, można usiąść na jednej z ławeczek nad “strumykiem” wody wypływającej ze źródełka i moczyć nogi w ciepłej (właściwie to gorącej) wodzie.

Plantacja kawy i kawiarnia

Po krótkim relaksie i rozprostowaniu nóg, ruszyliśmy dalej na północ. Po około 130 km zatrzymaliśmy się w przydrożnej kawiarni. Okazało się, że nie dość, że serwują tu pyszną kawę, to mają także jedzenie. Poza tym zaraz za kawiarnią są pola na których uprawiana jest kawa. Można za darmo wejść na plantację i zobaczyć jak rośnie ta wspaniała roślina 😉
Kolejne 80 km pokonaliśmy dość gładko, z krótkimi przerwami na rozprostowanie nóg i tankowanie. W Chiang Rai, zatrzymaliśmy się w hostelu NT HOUSE, który bardzo polecamy. Wieczorem pojechaliśmy do centrum, zobaczyć słynną wieżę zegarową oraz na nocny market, gdzie można kupić zarówno jedzenie,pamiątki oraz ubrania.

Wizyta w Birmie, nowa pieczątka i góry północnej Tajlandii.

Kolejnego dnia mieliśmy misję zdobycia nowej pieczątki w paszporcie. Kończyła nam się ważność wizy turystycznej i musieliśmy opuścić Tajlandię, wrócić i uzyskać nową wizę, upoważniającą do pobytu na kolejne 30 dni. Wybraliśmy granicę pomiędzy Tajlandią i Mjanmą w Mae Sai. Z Chiang Rai do Mae Sai odległość wynosi około 65 km i podróż zajmuje trochę ponad godzinę. Cały proces zdobycia nowej wizy poszedł bardzo sprawnie. Po Birmańskiej stronie pokręciliśmy się dwie godziny. Zobaczyliśmy miasto Tachileik i wróciliśmy do Mae Sai ze świeżo wbitymi pieczątkami. Tam szybko zjedliśmy pyszny makaron z grzybami i ruszyliśmy w trasę powrotną do Chiang Rai.

Podróż wzdłuż granicy z Mjanmą

Wybraliśmy jednak inną drogę niż wcześniej. Tym razem pojechaliśmy wzdłuż granicy z Mjanmą. Po drodze kilka razy mijaliśmy kontrole wojskowe. Raz zostaliśmy zatrzymani, ale żołnierz tylko zapytał gdzie jedziemy, pokazaliśmy mu na mapie i pojechaliśmy dalej. Jadąc krętą drogą, przed nami roztaczały się niesamowicie piękne górskie krajobrazy. Zatrzymaliśmy się w przydrożnej kawiarni i był to strzał w dziesiątkę. Kawa była wyśmienita, widoki epickie, a ceny zupełnie normalne. Dalej było już tylko piękniej. Góry w północnej Tajlandii są naprawdę niesamowite. Porośnięte bujnymi zielonymi lasami i tropikalną roślinnością, rozciągają się aż po horyzont. Tereny wzdłuż granicy z Mjanmą są bardzo dzikie. Właściwie jest tam pusto, raz na czas pojawia się wioska albo świątynia z posągiem Buddy.

Świątynia Phra That Doi Tung

W drodze do Chiang Rai zahaczyliśmy o świątynię Phra That Doi Tung wraz z punktem widokowym na Mjanmę. Pokonaliśmy dziesiątki schodów, ale było warto.
Pod koniec dnia zatrzymaliśmy się na jeszcze jednym punkcie widokowym, ale osobiście uważam, że ten przy świątyni był o wiele piękniejszy.

Biała Świątynia, góry i plantacje herbaty.

Trzeciego dnia rano, ruszyliśmy w stronę Białej Świątyni. Był to jak dla mnie punkt obowiązkowy. Chciałam zobaczyć ten cud architektury na własne oczy, już od momentu pierwszej wyprawy do Tajlandii. Z naszego hotelu mieliśmy tam aż 20 km. 20 km do nadrobienia w każdą stronę, co razem daje aż 40 km ekstra w ciągu dnia. Ale było warto! Bardzo polecam, i chociaż na sztuce się nie znam to byłam pod wrażeniem. Po zwiedzaniu świątyni ruszyliśmy dalej w trasę. Była akurat Wigilia, a my nie do końca wiedzieliśmy gdzie ją spędzimy. Podjęliśmy więc decyzję, że po południu zobaczymy na jakim etapie trasy jesteśmy, gdzie dojedziemy i wtedy zarezerwujemy hotel.

Po drodze znów mijaliśmy sielskie krajobrazy gór, małe wioski, plantacje truskawek, kawy, mandarynek. Zatrzymaliśmy się na kawę i rozprostowanie nóg w przydrożnej knajpce. Niestety kawy nie polecam, ale widoki mieli całkiem ładne.

Plantacja herbaty 101 TEA

Dalej ruszyliśmy na plantację herbaty “101 TEA”. Było do nadłożenie drogi, ale internety polecały, więc pojechaliśmy. Plantacja okazała się całkiem fajna, a wstęp na nią był całkowicie za darmo. Do tego poza nami nie było tam nikogo. Przy okazji poszliśmy do restauracji z widokiem na pola herbaciane i góry. Niestety nikt nie mówił po angielsku, ale jakimś cudem, na migi udało mi się zamówić herbatę. Przy płaceniu rachunku, okazało się, że dzbanek pysznej herbaty kosztuje nas tylko 20 THB. Całkiem miłe zaskoczenie.

Wigilia w Tajladnii

Prosto z plantacji ruszyliśmy w stronę miasta Fang i tam właśnie, w przytulnym hotelu zatrzymaliśmy się na nocleg. W hotelowej restauracji zamówiliśmy jedzenie i spożyliśmy naszą kolację wigilijną 😉

Pola ryżowe, strome podjazdy i najzimniejsze miejsce w Tajlandii.

Rankiem, w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia powitała nas mgła. Dosłownie cała okolica była nią przykryta. Jak na Tajlandię to naprawdę niecodzienny dla nas widok. Po śniadaniu serwowanym w hotelu poszliśmy jeszcze na kawę, a następnie ruszyliśmy w stronę Doi Ang Khang – najzimniejszego miejsca w Tajlandii.

Doi Ang Kchang

Dojazd na tę górę o wysokości 1928 m n.p.m był istną przygodą. Podjazdy był tak strome, że do tej pory jesteśmy pod wrażeniem mocy naszego skutera Yamaha 155cc. Ta piekielna machina wiozła nas i nasze bagaże dzielnie pod górę, i ani raz się nie zbuntowała. Zanim jednak dotarliśmy do stromych podjazdów, zdążyliśmy kilka razy zabłądzić i trafić na “drogi”, które były dla nas zupełnie nieprzejezdne. Gdzieś wśród pól ryżowych, plantacji mandarynek i bananów, ukryte były drogi dojazdowe do pól. Pełne dziur, kamieni, nierówności. Widać, google zawsze stara się zapewnić nam dawkę emocji i wybiera “genialne” skróty. Okazuje się jednak, że nie tylko nam, ponieważ na tych drogach widmo spotkaliśmy między innymi ciężarówki, które musiały jakoś stamtąd wyjechać.

Szczęśliwie po tych przygodach dotarliśmy do wjazdu prowadzącego do Doi Ang Kchang – najzimniejszego miejsca w Tajlandii. Na początku trasy znajduje się punkt kontroli wojskowej. Miły pan żołnierz zapytał nas gdzie jedziemy, wskazaliśmy mu miejsce na mapie, a on z powątpiewaniem popatrzył na nas i nasz skuter i kazał jechać. Droga wiedzie wzdłuż granicy z Mjanmą, podjazd jest bardzo, bardzo stromy. Zanim dotarliśmy do góry, minęliśmy wioski i osady, las w którym spotkaliśmy białego konia, lądowisko dla helikopterów, dziesiątki pól uprawnych, głównie z truskawkami, sałatami i batatami.

Camping w Doi Ang Kchang

Na samej górze, w parku znajduje się pole campingowe, gdzie można wynająć namiot. Toalety, restauracje, sklepy z pamiątkami, kawiarnia i taras widokowy, z którego roztacza się widok na całą okolicę. Temperatura powietrza wynosiła w tym miejscu 18 stopni celsjusza. Jak na Tajlandię to dość chłodno. Okazuje się jednak, że w styczniu temperatury powietrza w nocy spadają nawet do minus 3 stopni Celsjusza. Przymrozki w tym czasie są tu czymś zupełnie normalnym. Nie spodziewaliśmy się, że w Tajlandii panują takie warunki!
Po obiedzie i wypiciu kawy, pokręciliśmy się jeszcze po okolicy, a następnie ruszyliśmy w stronę Pai. Wieczorem, po dojechaniu do Pai, zarezerwowaliśmy nocleg i zameldowaliśmy się w naszym domku. Domek okazał się uroczy, ale było w nim tak zmino, że nocą zmarzliśmy do kości. Na zewnątrz było tylko 14 stopni, w łazience otwarte okno, i całe zimne powietrze wpadało przez “dziurawe” drzwi do pokoju. Jeśli wybieracie się w tym czasie w tamte okolice, to obowiązkowo weźcie ciepłą piżamę albo bluzy do spania.
„Nasz” domek możecie zarezerwować tu 😉

Pai – chłód, bawoły i piękny kanion.

Poranek w Pai okazał się być bardzo rześki. Na zewnątrz mgła pokrywała całą okolicę, a słońce nieśmiało próbowało przebić się przez jej warstwę. Po śniadaniu serwowanym przez właścicieli domków, chwilę się zrelaksowaliśmy na hamaku zawieszonym na naszej werandzie, a następnie ruszyliśmy na miasto.

Najpierw poszliśmy na Bamboo Bridge, który okazał się być nie tym Bamboo Bridge, który mieliśmy na myśli. Spotkaliśmy za to stado bawołów wypasających się na łące. Następnie skoczyliśmy na kawę do polecanej kawiarni, ale kawa nas nie urzekła, za to cena było mocno wygórowana.

Yun Lai Viewpoint

Pokręciliśmy się po miasteczku, które okazało się być dość zatłoczone turystami z zachodu, a następnie pojechaliśmy na punkt widokowy Yun Lai Viewpoint (wstęp 20 THB za osobę). Z tego miejsca roztacza się widok na całą okolicę. Podjazd jest bardzo stromy. Po drodze mija się chińską wioskę, w której stanowczo odradzamy wizytę. Jest to totalna strata czasu, miejsce bardzo turystyczne i oferujące wątpliwej etyki atrakcje turystyczne.

Pai Canyon

Stamtąd pojechaliśmy do Pai Canyon (wstęp darmowy), i to jest miejsce, które z czystym sumieniem Wam polecamy. Piękny, erozyjny twór, łatwe ścieżki (ale nie na japonki czy klapki!). Cisza, spokój, mało turystów. Większość ludzi podchodzi tylko schodami do początku kanionu, robi sobie zdjęcia i wraca. W kanionie jest bardzo gorąco, a z nieba leje się żar, także weźcie coś do picia oraz nakrycia do głowy. Wracając z kanionu można w jednej z knajpek przy parkingu coś zjeść i wypić.

Pai Canyon

Pai Buddah Bamboo Bridge

Dalej pojechaliśmy na właściwy Bamboo Bridge, którego nazwa brzmi “Pai Buddah Bamboo Bridge” i jest oddalony około 11 km od miasta. Droga jest kręta i stroma, po drodze mija się wodospad, kawiarnię (którą polecamy), stada bawołów i pola uprawne. Wstęp na bambusową ścieżkę kosztuje 30 THB za osobę. Ścieżka ma 800 metrów długości i wiedzie wzdłuż pól ryżowych, które o tej porze roku są już ścięte i suche.

Największą atrakcją jak dla nas, były tam pasące się bawoły. Całe stado, z osobnikami w różnym wieku. Bawoły podchodzą pod ścieżkę, a także przechodzą pod nią w ogóle nie zwracając uwagi na spacerujących ludzi. Jeśli będziecie mieć szczęście, to zobaczycie jak te wielkie zwierzaki zażywają kąpieli 😉 Na końcu trasy jest świątynia, do której przed wejściem należy się zakryć – narzutki są za darmo dostępne przed wejściem.

Po powrocie ze ścieżki wstąpiliśmy na obiad do kawiarnio –  restauracji Pam Bok Coffee a następnie ruszyliśmy prosto do Chiang Mai. Przed nami było do pokonania około 130 km trasy. Droga wiedzie przez las, w trakcie jazdy jest bardzo chłodno, dlatego polecamy ubrać długie spodnie i ciepłą bluzę. Kierowcy przydadzą się rękawiczki.
Jeszcze w Pai zatrzymała nas policja i sprawdzali nasze bagaże w poszukiwaniu narkotyków. Kontrola była bardzo skrupulatna, także odradzamy pomysły na posiadanie tego typu używek w Tajlandii. 

Mapa

Szerokości! 

ZOBACZ TAKŻE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *